Recepta na sukces to praca, praca i jeszcze raz praca

Wiernym fanom polskiej piłki nożnej Adama Fedoruka nie trzeba za bardzo przedstawiać. Piłkarz, trener i były reprezentant naszego kraju. Dwukrotny zdobywca tytułu mistrza Polski oraz krajowego pucharu. Dziś reprezentuje Kętrzyn, jako dyrektor sportowy Kętrzyńskiego Klubu Sportowego Granica.

 

Dlaczego wybrał Pan Granicę?

Jak wiadomo, zakończyłem współpracę z Wigrami Suwałki. Przez kilka tygodni była złość, potem nastąpiło przełamanie i zacząłem zastanawiać się, co można zrobić lepiej, żeby w następnym klubie osiągnąć sukces. Po pewnym czasie zacząłem szukać pracy. Przeglądałem strony internetowe klubów, obserwowałem rynek i zastanawiałem się, który klub potrzebuje pomocy. Pierwszą rzeczą, na którą zwracałem uwagę, był stadion, bo jeśli ktoś decyduje się na budowę stadionu, to oczekuje dalszego rozwoju klubu i pracy z młodzieżą. Wysłałem CV do kilku klubów i odezwały się trzy, między innymi Granica Kętrzyn.

Co było kropką na „i”?

Bardzo ciekawe podejście prezesa, który widział możliwość rozwoju klubu i zaproponował mi funkcję dyrektora sportowego. Bardzo mi to zaimponowało. Poza tym praca dla Granicy pasowała do moich oczekiwań: stadion, duże miasto i wspaniała historia klubu, który kiedyś był na wysokim poziomie. Zastanowiłem się nad tym co potrafię i wiem, że pasuję do roli dyrektora sportowego. Będę blisko trenera, pracy z pierwszym zespołem, treningu, ale trochę z innej strony. Jestem zadowolony, że mogę w takim projekcie wziąć udział. Aczkolwiek mogę być również trenerem, bo mam takie kwalifikacje na poziomie UEFA Pro.

Niejednokrotnie rozmawiał pan z Jarosławem Moczarskim, prezesem Granicy, pozostałymi członkami zarządu i Wojciechem Jałoszewskim, trenerem pierwszego zespołu. Jakie ma Pan odczucia po tych pierwszych rozmowach?

Najważniejsze, że wszystkich cechuje nastawienie na sukces. Oczywiście wszyscy wiemy, że będzie to trudne do osiągnięcia, ale nastawienie jest bardzo ważne. Potrzebujemy czasu i odpowiedniego „wejścia”. Potrzebujemy zawodnika, który wprowadzi zespół na wyższy poziom, jak również osoby, która do klubu wniesie pewną świeżość, coś nowego, pewność siebie, walory merytoryczne, bo trzeba z trenerami rozmawiać w odpowiedni sposób. Cieszę się, że jestem w tym miejscu i czekam na to, co się wydarzy w następnych tygodniach.

Ktoś kto zajrzy w Pana CV z pewnością dostrzeże ten ostatni punkt, czyli pracę w Wigrach Suwałki. Dlaczego był to taki krótki etap?

Krótki, intensywny i bardzo wiele mnie nauczył, począwszy od sztabu szkoleniowego, budowy drużyny, a skończywszy na współpracy z prezesem i zarządem. Myślę, że w klubie zbyt pochopnie podjęli decyzję o rezygnacji z mojej osoby. Jako jeden z nielicznych trenerów osiągnąłem trzy zwycięstwa z rzędu z zespołem, który dopiero się rodził i to nie z byle kim. Ograliśmy Podbeskidzie, Termalikę i Olimpię Grudziądz na wyjeździe. To były cenne zwycięstwa. Być może zabrakło lepszej współpracy z zarządem i prezesem. Miałem cztery miesiące, aby przetrawić to, co tam mnie spotkało i wyszedłem z tego silniejszy. Każde doświadczenie czegoś uczy.

Z Granicą podpisał Pan kontrakt na półtorej roku. Czy w tym czasie da się rzeczywiście zbudować nową jakość pierwszego zespołu, zreorganizować szkolenie młodzieży i pracować nad mentalnością zawodników i szkoleniowców?

Myślę że tak. Półtora roku to są trzy okresy przygotowawcze. Teraz jest zimowy, potem letni i znowu zimowy. To jest idealny czas, aby wszystkich dobrze poznać, żeby zdiagnozować każdego piłkarza drużyny seniorów, zmienić nastawienie i mentalność tych zawodników i odróżnić tych, którym bardzo zależy by grać w drużynie i rozpocząć nowy projekt, od tych, którzy się na chwilę zaczepili, bądź są na rozdrożu. To jest odpowiedni czas, żeby po zakończeniu mojego kontraktu usiąść i porozmawiać co nam się udało osiągnąć i ewentualnie kontynuować współpracę. Jeśli chodzi o zespoły młodzieżowe, to jest trochę większy problem, bo zmiana systemu szkolenia trwa trochę dłużej. Przygotowanie trenerów do innej filozofii pracy nie jest łatwe. Wiem, że czasami trwa to rok, a czasami dwa lata. Sam jestem tego ciekawy. Duże nadzieje wiążę z klasą piłkarską, która powstaje w jednej ze szkół w Kętrzynie. To będzie milowy krok jeśli chodzi o jakość szkolenia w naszym klubie, ponieważ liczę, że do klasy sportowej o profilu piłki nożnej przyjdą osoby już wysportowane, przygotowane, o pewnych predyspozycjach i będą chciały wejść na wyższy poziom. To będzie wielkie wydarzenie.

Rozmawiając z Panem trudno nie „zahaczyć” karierę piłkarską. Tego formatu zawodnik nie jest w Kętrzynie codziennością. Śmiem nawet twierdzić, że poza Piotrem Lechem nie ma o czym rozmawiać w tej materii. A Adam Fedoruk to Legia Warszawa i dwa mistrzostwa Polski. Często Pan wspomina te czasy?

Z kolegami w zasadzie będziemy do końca życia grać te mecze, które wtedy rozegraliśmy (śmiech). Ale odpowiem inaczej: W grudniu zostałem wybrany do historycznej jedenastki Stali Mielec, w której zaczynałem karierę i grałem przez osiem lat. Jak przeczytałem, że obok mnie jest Zygmunt Kukla, Grzegorz Lato, Robert Gadocha, Andrzej Szarmach czy Henryk Kasperczak, to dla mnie jest to większe wyróżnienie. Wracając do Legii, zdobycie mistrzostwa Polski było osiągnięciem na miarę ogromnych finansów i pozycji w naszym kraju, natomiast wyżej cenię sobie to, że trafiłem do jedenastki legend Stali. Oczywiście, mistrzostwo i Puchar Polski to są niezapomniane chwile. To przecież stawia mnie na wysokiej pozycji w gronie polskich piłkarzy.

Liga Mistrzów. Pewien niedosyt?

To był bardzo intensywny okres. Doznałem kontuzji, miałem naderwane więzadła krzyżowe i dlatego tak mało grałem w Lidze Mistrzów. Szkoda, ale to był bardzo emocjonujący czas, ogromne wydarzenie. Stadion szalał, były przeżycia… Wtedy to była chyba najlepsza drużyna Legii, która wyszła z grupy LM. Warto zaznaczyć, że tworzyliśmy zespół tylko z zawodników krajowych.

Może to jest też kierunek dla szkoleniowców w Polsce? Bo ci zawodnicy, którzy przyjeżdżają do nas z zagranicy nie zawsze się wyróżniają.

Świat się zmienił o tyle, że dziś młodzi ludzie wyjeżdżają z Polski i ciężko ich zatrzymać. Wtedy, w połowie lat 90-tych, były inne czasy. My musieliśmy dłużej grać w kraju, bo były inne przepisy. W Legii byliśmy mocni finansowo, dobrze zorganizowani i o odpowiednich charakterach. Zawodników dobierał trener Janusz Wójcik. To była osoba, która mniej zwracała uwagę na umiejętności techniczno-taktyczne, a bardziej na charakter zawodnika, jego zachowanie po przegranej. Wójcik tak dobrał zespół, że za tym szły kolejne zwycięstwa.

Porozmawiajmy o Pana karierze w reprezentacji Polski. Osiemnaście meczów i bramka wyjątkowej urody. Czego zabrakło, żeby w tej kadrze zadomowić się na dłużej i utrzymać mocniejszą pozycję?

W tym okresie grali praktycznie wszyscy zawodnicy z zagranicy. Ja zaczynałem grać w reprezentacji za czasów trenera Andrzeja Strejlaua. Wtedy przyjeżdżała tak mocna ekipa z zawodnicy, że praktycznie zawodnicy krajowi nie mieli żadnych szans na grę. Zaczynałem jako lewy obrońca. Na moim miejscu był Darek Wdowczyk, który grał w Celticu Glasgow, więc wiadomo było, że trener stawiał na Wdowczyka. Z drugiej strony był Dariusz Kubicki, który grał w Aston Villi. A dalej: na bramce Józef Wandzik (Panathinaikos)i tak można „jechać” – Ryszard Tarasiewicz, Roman Kosecki, Jan Urban, Jan Furtok, Jacek Ziober czy Krzysztof i Robert Warzycha. Potem miałem lepsze momenty za trenera Henryka Apostela. Jednak zespół był tak przeładowany umiejętnościami indywidualnymi, że ciężko było coś więcej uzyskać. Cieszyłem się jednak, bo mogłem się uczyć.

Osiemnaście meczów i bramka, więc akcent jest przyzwoity. Mieliśmy też pecha, że w eliminacjach wielkich turniejów trafialiśmy ciągle na Anglię i Irlandię i ciężko było wyjść z grupy. To były ciężkie chwile. Wtedy zaczynała się zapaść piłkarska, Zachód zaczął mocno „odjeżdżać”, zaczynały się wielomilionowe transfery…

Czy dzisiejsi młodzi zawodnicy takich klubów jak Granica mają szansę na kadrę? Co muszą zrobić, aby udało im się to, co udało się Panu?

Każdy, kto jest nastawiony na sukces, ma szansę. Jeśli ktoś jest gotowy poświęcić wszystko, aby zostać piłkarzem, to prawdopodobnie mu się to uda. Mówię prawdopodobnie, bo jeszcze potrzebne jest szczęście i kilka mniej znaczących elementów. Ktoś, kto chce być piłkarzem, musi mieć priorytety. Najważniejsze muszą być treningi. Poza tym charakter, umiejętności, kontakt z przeciwnikiem. Niektórzy zawodnicy myślą, że wystarczy opanować piłkę. To nie wystarczy. Musisz mieć cel, przebić się, bo na swojej drodze spotkasz innych zawodników – silnych i mocnych. Wtedy trzeba wykazać się nieustępliwością, silnym charakterem, cierpliwością. Młodzi tego nie rozumieją, ale w sporcie trzeba doświadczyć czegoś trudnego do opanowania, aby wejść na wyższy poziom. Innej drogi nie ma. Chyba, że ktoś się rodzi z talentem, jak Wojtek Kowalczyk. Też byłem młody i „zasuwałem”, bo kiedyś obozy sportowe wyglądały tak, że jechaliśmy do Zakopanego i wbiegaliśmy na Kasprowy. Ciekaw jestem, który zawodnik teraz by tak zrobił?

Trzeba też trafić w dobry klimat. Miałem to szczęście, że trafiłem do Stali Mielec, do klubu, który bazował na młodych zawodnikach i dawał im szansę. Miałem wielkie szczęście, że w wieku 19 lat mogłem już zagrać w Ekstraklasie i mogłem pokazywać, że mój organizm jest w stanie funkcjonować na najwyższym poziomie. Także praca, praca i jeżeli komuś nie wychodzi, to jeszcze raz praca.

Dziękuję za rozmowę. Robert Majchrzak

 

📸Adam Fedoruk. Fot. Robert Majchrzak